MARYJA!

Melchior Fordon - kandydat na ołtarze
DAROWIZNA
SŁUCHAJ ON-LINE
POGOTOWIE MODLITEWNE
Termomodernizacja

Melchior Fordon - kandydat na ołtarze

Ojciec Święty Franciszek 21 grudnia 2018 r., przyjmując na audiencji prefekta Kongregacji Spraw Kanonizacyjnych kard. Giovanni Angelo Becciu, uznał heroiczność cnót sługi Bożego Melchiora Fordona.

Fordon to niezwykły człowiek, otwarcie sprzeciwiał się represjom carskich władz, za co ukarano go zakazem posługi duszpasterskiej; był spowiednikiem i duchowym mistrzem Maksymiliana Kolbego; chciał oddać swoje życie za ludzi skazanych na śmierć, podobny gest uczynił o. Maksymilian w Auschwitz.

Rycerz Niepokalanej

W 1922 r., gdy Ojciec Maksymilian Kolbe przeniósł redakcję "Rycerza Niepokalanej" z Krakowa do Grodna, starszy o ponad 30 lat o. Melchior Fordon stał się dla niego spowiednikiem i opiekunem duchownym. Choć ta relacja trwała krótko, to dla Ojca Maksymiliana starszy współbrat stał się duchowym mistrzem godnym naśladowania. W tym czasie obaj chorowali na gruźlicę płuc i bardzo dobrze się rozumieli.

W jednym z listów Ojciec Maksymilian prosił go, aby "pamiętał w niebie o wydawnictwie, Milicji, Rycerzu, braciach, o wszystkim, co służy sprawie Bożej i pożytkowi dusz". Do braci pracujących przy "Rycerzu Niepokalanej" mawiał: "Jakże mi błogo zawsze między wami. Cieszcie się bracia, gdyż pracujecie dla Matki Bożej. Niech Ona wam błogosławi i pomaga, byście potrafili wiernie Jej służyć". Ojciec Maksymilian nazywał go "świętą duszą".

W obronie miasta

4 września 1915 r. o. Melchior stanął w obronie 13 strażaków Grodzieńskiej Ochotniczej Straży Pożarnej, skazanych przez Niemców na rozstrzelanie, jako podejrzanych o szpiegostwo na rzecz wycofujących się wówczas z miasta Rosjan. Wydarzenia miało miejsce podczas natarcia i wiele budynków w mieście opanowały ogień. Niemcy, widząc wśród strażaków głównie Żydów, byli przekonani, że to sabotaż.

W relacji świadków przeczytać można: "Pośród obecnych nikt nie odważył się nawet słowa wypowiedzieć w obronie nas, jeden tylko śp. O. Melchior podszedł do dwóch oficerów niemieckich, pocałował ich w rękę i zaczął ich prosić o darowanie życia strażakom, oddając własne życie. Nie bacząc, iż niemieccy oficerowie siłą odpychali O. Melchiora (..) nie odstępował i natarczywie prosił, i całował po rękach oficerów, by nie rozstrzeliwali nas. (...) poszli zameldować swemu generałowi, który (...) osobiście zapytał się czy O. Fordon ręczy za nas. Gdy O. Fordon odpowiedział, że ręczy swoją osobą i oddaje własne życie za nas, wtedy generał niemiecki cofnął rozkaz rozstrzelania nas (...)".

Czyny, a nie słowa

Warto dodać, że o. Melchior szanował wszystkich, bez względu na wykształcenie czy wyznawaną religię. Zachowały się świadectwa, w których opisano postawę o. Fordona wobec bliźniego. "Pewnemu Żydowi ofiarował buty, które zdjął sobie z nóg. Często na ulicach pomagał dźwigać ciężary ubogim kobietom żydowskim". Przypisuje mu się powiedzenie, że "na Sądzie Ostatecznym Pan Bóg odbierze ludziom mowę, a pozwoli mówić zwierzętom, i to one będą świadczyć o nas".

Jest taka historia z włamywaczem, który zakradł się na plebanię. Gdy gospodyni wróciła wcześniej, chciał uciec, ale uciekając wyskoczył przez okno do ogrodu, z którego nie było wyjścia. Ostatecznie schował się wspinając na drzewo. Kiedy do domu wrócił o. Fordon i dowiedział się o tym, co się stało, długo prosił włamywacza, by wyszedł. Oczywiście obiecał, że nic mu nie zrobi. Wreszcie włamywacz wyszedł z ukrycia. Kapłan dał mu trochę pieniędzy i poprosił, aby uczciwie żył, i pozwolił mu odejść.

Ciche życie

Ostatnie dni swego życia przeżył spokojnie. Czekając na chwilę śmierci często mówił: "O Maryjo, już... już jestem w drodze". Po przyjęciu Komunii świętej modlił się: "O Jezu, dziękuje Ci najpokorniej. Pewnie po raz ostatni przyszedłeś do mnie". Wszyscy byli pewni, że chory przeczuwał swoją śmierć. Po przyjęciu Pana Jezusa zapadł w sen. Od czasu do czasu budził się i ze zdziwieniem pytał: "To jeszcze jestem na ziemi?". Wieczorem cicho odszedł do Pana. Jego życie było ciche, cicha była też jego śmierć. Swoje doczesne życie, oddane całkowicie Bogu, zakończył 27 lutego 1927 r.

Kapłan i patriota

Melchior Fordon na chrzcie świętym otrzymał imiona Józef Jakub. Był synem architekta z Grodna nad Niemnem i szlachcianki, urodził się 5 sierpnia 1862 r. w Grodnie (dzisiaj Białoruś, wówczas część imperium rosyjskiego). 26 sierpnia został ochrzczony. Dla uniknięcia indoktrynacji rosyjskiej, jako dziecko prawdopodobnie otrzymał podstawowe wykształcenie we własnym domu; kolejne nauki pobierał w gimnazjum rosyjskim.

W wieku 21 lat (w 1883 r.) wstąpił do seminarium diecezjalnego w Wilnie. Święcenia kapłańskie otrzymał 2 sierpnia 1887 r. w Kownie. Po święceniach kapłańskich został skierowany do pracy duszpasterskiej jako proboszcz parafii w Strubnicy, a następnie w Dąbrowie Grodzieńskiej. Na początku 1903 r. został przeniesiony jako proboszcz do Grodna, do parafii Matki Bożej Anielskiej. Był to były klasztor franciszkański, który został przekształcony na zakład reedukacyjny dla księży uznanych przez władze rosyjskie za niebezpiecznych dla państwa.

Czasy, w których rozpoczął pracę duszpasterską, były dla Kościoła katolickiego bardzo ciężkie. Rząd carski, działający we współpracy w cerkwią prawosławna, stale nasyłał fanatycznych "braciszków - misjonarzy", którzy przemocą i znęcaniem się zmuszali katolików do przejścia na prawosławie. Zabierano katolickie kościoły i przerabiano je na cerkwie. Do skasowanych klasztorów sprowadzano mnichów prawosławnych, którzy pod pozorem działalności charytatywnej mieli zachęcać mieszkańców do przechodzenia na prawosławie. Wszystko służyło temu, by utrudniać działalność katolickim księżom.

Nieugięty proboszcz

Kościół w Dąbrowie, który objął o. Melchior, był bardzo wysłużony i chylił się ku upadkowi. Po długich staraniach o. Fordon otrzymał pozwolenie od władz carskich na remonty i rozbudowę kościoła. Nie miał jednak na to funduszy. Pewnej niedzieli ogłosił parafianom: "Jutro z pomocą Boża zaczynamy budowę większego kościoła". Do tych słów nie dodał żadnych komentarzy. Zdziwieni ludzie mówili: ģJak mamy budować, skoro nie mamy materiałów, ani robotników". Jednak o. Fordon nie zmienił swego zdania i od samego rana sam zaczął budować. Parafianie powoli dołączali do niego. Prace postępowały szybko. Nie mogli się z tym pogodzić prawosławni popi. Starali się, by zaraz po wybudowaniu nowego kościoła przejąć go w swoje ręce. Doniesiono o tym proboszczowi. Ten postanowił użyć podstępu. Zaufanych parafian poprosił, by w nocy przyszli i zaczęli rozbiórkę starego kościoła. Polecił przy tym, by zachowywali się na tyle głośno, by sprawa szybko była znana w całej okolicy. "Dobrze też byłoby - dodał - gdybyście przy tym krzyczeli, rzucali na mnie obelgi i narzekali na mnie, za nieudolne kierowanie parafią. Resztę planu wykonam sam". Stało się tak, jak zaplanował kapłan. W nocy rozpoczęto akcję. Przestraszony stróż kościoła zbudził kapłana. Przy starym kościele grasowała grupa parafian. Złoszczące się na swojego księdza, rozbierali kościół. Żadne prośby kapłana nie pomagały. Kiedy kościół był już prawie rozebrany, o. Fordon powiedział: "Nie mogę dopuścić do profanacji Najświętszego Sakramentu. Jestem zmuszony bez zezwolenia władz przenieść Pana Jezusa do nowego kościoła". Tak też uczynił. Następnego dnia przyjechała policja. Ksiądz jednak nie został oskarżony o bezprawne przejęcie kościoła. Wszyscy zeznawali, że był przeciwny rozbiórce i nawet groził grupie swoich parafian. Ostatecznie sprawę w sądzie umorzono. Niedługo po tych wydarzeniach przeniesiono ks. Fordona do Wilna.

Dobry pasterz

Po 23 latach kapłaństwa, z licencją administratora apostolskiego diecezji wileńskiej, o. Melchior zdecydował się na wstąpienie do Zakonu Braci Mniejszych Konwentualnych. Przez pierwsze lata ukrywał fakt, iż jest franciszkaninem. Swoją postawą przyczynił się do powrotu franciszkanów do Grodna i na tereny diecezji wileńskiej.

Nieugięta wiara w Boga, w Jego Syna Jezusa Chrystusa, w Błogosławioną Dziewicę Maryję i naśladowanie św. Franciszka były jedyną siłą Sługi Bożego, która pozwoliła mu posługiwać duszpastersko wśród ludzi, którzy odczuwali potrzebę pomocy zarówno duchowej, jak i materialnej. Wychowywał i pociągał ludzi, nie tylko dzięki swojemu głoszeniu prawd wiary, ale przede wszystkim dzięki przykładowi życia pokornego, wstrzemięźliwego, pełnego wyrzeczeń i umartwień. Był gotów poświęcić samego siebie dla ocalenia i obrony bliźniego. Ludzie uważali go za świętego już za życia.

Z jego sposobu życia można wyczuć, że zdecydował się na stan kapłański, a następnie zakonny, aby zbliżyć się do Boga i do swoich współrodaków w Panu, zwłaszcza tych najbardziej poszkodowanych, pozostawionych samym sobie, czyli do ludzi żyjących na wioskach.

Swoją posługę duszpasterską rozpoczął od spraw najprostszych: wychowania religijnego. Zamierzał w ten sposób podnosić stopniowo poziom etyczny wśród wieśniaków i wśród mieszkańców dzielnic miejskich powierzonych jego opiece. Zwalczał alkoholizm i rozwiązłość moralną. Poznał bardzo dobrze trudności życia mieszkańców wsi i tych, którzy zamieszkiwali najuboższe dzielnice miast. Chciał być zawsze jak najbliżej swoich parafian, aby poznać ich problemy i aby znaleźć rozwiązanie ich trudności.

TM/red.

PRZECZYTAJ TAKŻE

DZIAŁALNOŚĆ
WYDAWNICZA